Jan Szancer „Orawskie krople plebiscytowe”

Poniżej zamieszczamy przedruk artykułu zamieszczonego w 1934 roku przez  Jana Szancera. Tekst zawiera m. in. wywiad z ks. Marcinem Jabłońskim (ówczesnym proboszczem) i opis kościoła z jego otoczeniem. Artykuł zawdzięczamy Redakcji portalu „Beskidy Łączą – Beskidzka Grupa Rozwoju Regionalnego”. Dziękujemy.

,,Przedświąteczny targ na konie,, w Orawce na placu przed starą karczmą. Okres 1932 -34.

,,Przedświąteczny targ na konie w Orawce na placu przed starą karczmą”. Okres 1932 -34.

Ano — powiada mi ks. proboszcz z Orawki — ano chcieliście zobaczyć te starodawne słowackie obyczaje… A to będzie trudno. I ksiądz zadumał się przez chwilę. Trzebaby tu gdzieś pochodzić po starych chałupach, możeby się jeszcze co w skrzyni z tych narodowych strojów znalazło, bo się już teraz tutejsi ludzie po miejsku noszą. Ja sam to jestem stąd, rodem z Jabłonki. Pamiętam dobrze te czasy jeszcze za monarchji austrjacko-węgierskiej, kiedy lud nosił swoje stroje, trza było obcym pokazać, co to naród… Starsi pamiętają, ale młodsi, to w tych dawnych rzeczach nic już pięknego nie widzą… Zapomnieli.

Bo i któżby ta taką starzyznę chował i po co? Przytwierdza Słowak, pykając fajeczkę.

Ano — powiada mi ks. proboszcz z Orawki — ano chcieliście zobaczyć te starodawne słowackie obyczaje… A to będzie trudno. I ksiądz zadumał się przez chwilę. Trzebaby tu gdzieś pochodzić po starych chałupach, możeby się jeszcze co w skrzyni z tych narodowych strojów znalazło, bo się już teraz tutejsi ludzie po miejsku noszą. Ja sam to jestem stąd, rodem z Jabłonki. Pamiętam dobrze te czasy jeszcze za monarchji austrjacko-węgierskiej, kiedy lud nosił swoje stroje, trza było obcym pokazać, co to naród… Starsi pamiętają, ale młodsi, to w tych dawnych rzeczach nic już pięknego nie widzą… Zapomnieli.

Bo i któżby ta taką starzyznę chował i po co? Przytwierdza Słowak, pykając fajeczkę.

Ano — powiada mi ks. proboszcz z Orawki — ano chcieliście zobaczyć te starodawne słowackie obyczaje… A to będzie trudno. I ksiądz zadumał się przez chwilę. Trzebaby tu gdzieś pochodzić po starych chałupach, możeby się jeszcze co w skrzyni z tych narodowych strojów znalazło, bo się już teraz tutejsi ludzie po miejsku noszą. Ja sam to jestem stąd, rodem z Jabłonki. Pamiętam dobrze te czasy jeszcze za monarchji austrjacko-węgierskiej, kiedy lud nosił swoje stroje, trza było obcym pokazać, co to naród… Starsi pamiętają, ale młodsi, to w tych dawnych rzeczach nic już pięknego nie widzą… Zapomnieli.

Bo i któżby ta taką starzyznę chował i po co? Przytwierdza Słowak, pykając fajeczkę.Wychodzimy przed plebanję. Jest piękny, słoneczny dzień. Przed drewnianym kościółkiem w Orawce, jednym z najpiękniejszych zabytków budownictwa ludowego, szumi potężnemi konarami stuletnia rozłożysta lipa. Wokół kościoła stary cmentarz, z pochylonemi krzyżami, otoczony nawpół zburzonym murem z kamieni. Przysiadł na nim opodal lipy stary Słowak i twarz orlą zwrócił ku słońcu, co się jasnemi promieniami ślizga po brózdach mocnej, chłopskiej twarzy. Twarzy człowieka, co niejedno widział… Niejedno przetrwał i teraz jest już… na swojem. Ksiądz proboszcz oprowadza nas po kościele, pokazuje zabytki z XVIII w., piękną polichromję i złocone organy.

— To bardzo stara pamiątka — dodaje — darował je kościołowi jeszcze cesarz Ferdynand III-ci, który bardzo lubił Orawę i Słowaków.

10869431_592718557539023_7527464735846044744_oOpodal kościoła wielki plac, zamknięty z trzech stron charakterystycznemi staremi domkami. W pośrodku największe karczmisko. Wszystkie domy mają typowe słowackie werandy, a niektóre t. zw. „wyskę“, półpiąterko z balustradą. Na placu targ na konie. Niewiele tych koni jest, ale to podobno tylko przed świętami taki mały ruch. Konie ładne, duże, wypasione. Nic więc dziwnego, że i ceny, jak na dzisiejsze czasy, wcale wysokie. Koń kosztuje dwie stówki, a czasem i więcej. Jakiś chłop, oparty o wóz, nosi jeszcze białe góralskie portki. Ksiądz dobrodziej ucieszył się bardzo na ten widok i powiada: ano widzicie, macie tutaj kawałek słowackiego stroju, to jest takie stare, takie piękne. Widząc, że góralskie portki nie wzbudziły w nas zbytniego zachwytu, prowadzi nas dalej. Zwiedzamy kilka chat. Wszystkie wnętrza ładnie urządzone, schludne. Na czyściutkich łóżkach wielkie poduchy z szerokiemi, ręcznie haftowanemi wstawkami, ułożone „na sztorc” , jedna Obok drugiej, a na nich dopiero pierzyna, symbol zamożności i powagi rodzinnej w słowackiej chacie. W kącie piec, nierzadko z kolorowych kafli o zabawnym kształcie, przypominającym szafę. Pod oknem na stole świąteczne kołacze, żółte placki, pieczone z jajek i masła. Ksiądz dobrodziej jakoś się szczególnie rozczulił nad tymi kołaczami i bardzo troskliwie nam objaśniał ten piękny „dawny zwyczaj”, jak to się jajka uciera z masłem, no i potem, to są narodowe „kołacze”. Pytam się jeszcze raz o te stroje ludowe, bo przecież przyjechałem na Orawę z wyraźnym planem, ażeby oglądnąć folklor. Ale jakoś nigdzie nie możemy znaleźć słowackich kapot, ani czap futrzanych. Wreszcie poradził nam ksiądz proboszcz jechać dalej do Jabłonki, że tam podobno jakaś chałupa jest, gdzie takie stroje mają, a nawet dwa lata temu ktoś się ubrał, bo to podobno przedstawienie, czy teatr urządzali z panem nauczycielem i z panem aptekarzem. Więc powiada, najlepiej będzie, jak panowie do tego aptekarza pojadą.

Pojechaliśmy. Apteka w Jabłonce mieści się w skromnej, chłopskiej chacie i wygląda wcale nieimponująco. Zato gospodarz niezwykle uprzejmy. Powitał nas serdecznie.
Słoików z lekami nie było znowu tak wiele, ale zato podobno te najskuteczniejsze. Pytam się pana aptekarza, jakie tu leki najwięcej idą. A on na to: krople plebiscytowe. Przyznam się, że jeszcze o takich nie słyszałem.Pan aptekarz uśmiecha się i patrząc filuternie zza okularów, wręcza mi butelczynę z etykietą, na której narysowany jest Polak, Czech, razem połączeni winietą z wieńca, a między nimi groźny rewolwer. A teraz wyjaśnienie. Otóż za czasów plebiscytu, to się ludzie bardzo chętnie temi kroplami kurowali, bo jak Czech łyknął, to raz dwa został Słowakiem, a jak drugi raz się napił, to ze Słowaka zrobił się Polak. No, a jak nie pomogło, pytam się pana aptekarza. No, to se może w łeb palnąć z tego rewolweru, bo już nic nie wart. A niech się pan z tych kropli nie śmieje, bo tu sam pan generał Galica po nie jeździł i dwie spore butelki zabrał, tak mu smakowało. Córeczka aptekarza przyniosła kieliszki, postawiła na ladzie, mówiąc coś do ojca po węgiersku. A pan aptekarz, jakby od niechcenia mruknął, że to niby małe dziecko… A potem nam opowiadał, że na Węgrzech po czeskiej stronie, za panowania austrjackiego miał sporą winnicę, a wino było niezłe, tego mu dzisiaj bardzo żal. Napiliśmy się „kropli”, które się okazały doskonałą wódką jałowcową. Taki koniak słowacki, powiada pan aptekarz. Ale co do strojów ludowych, tom się jakoś nie dogadał (to dopiero pech!), bo akurat ta chałupa, co te stroje były pochowane, to się zeszłego roku spaliła. Pan aptekarz poszedł śladami księdza proboszcza z Orawki i poradził nam, żebyśmy jechali do Chyżnego, na samą granicę czeską… tylko żebyście „ślabana” nie przejechali, bo was Czesi dołapią.

Jedziemy ku granicy czeskiej. Na lewo od drogi, na wzgórzu wznosi się biały, murowany kościół. Jak się dowiedziałem, zbudowany także jeszcze za czasów cesarskich z funduszu kościelnego węgierskiego, a teraz przyznany Polsce, ale bez żadnych dochodów, więc taki trochę bezpański. Wita nas przed plebanją ksiądz, tymczasowo zarządzający probostwem. Ale na wszystkie pytania, odnośnie do ludowych zwyczajów, czy strojów, odpowiada negatywnie. Tutaj ludzie nie mają na to czasu, pracują, powodzi im się dobrze, jest to jedyna może wieś na pograniczu, która nie wie, co znaczy kryzys. Tak, jak żyli, jedli, czy ubierali się dziesięć czy dwadzieścia lat temu, tak żyją teraz. Prawda i to, że wymagania mają niewielkie. Pracują ciężko, a potem zjedzą kaszy i śliwek, to im wystarczy. Na plebiscycie, to wcale nieźle wyszli, bo i Polacy i Czesi dawali im co mogli, a oni brali co mogli. W Chyżnem znalazłem jednak najwięcej motywów słowackich, bo ks. proboszcz kazał się zaraz dwom chłopom pożyczyć gdzie we wsi słowackich czapek i przyjść prędko odfotografować. Proboszcz nazywa swoje owieczki czule „brytanami”, bo ci chłopi wierni są i dobrzy…

Wracamy ku Krakowowi. Nasze auto mknie jasną wstęgą drogi, przecinają rozległe pola. Na horyzoncie białe kontury Tatr.

Błyszczące ostrze pługa orze ziemię, rozwilgłą od wiosennego śniegu. Chłop wsparł się mocno na pługu i patrzy ku granicy, ku tym bratnim polom, które błyszczącym pługiem orze jego brat…

 

Jan Szancer